Śląskie Trendy

Skazany na bluesa vs. Teatr Śląski

Jako aktora, reżysera i wokalistę „Dr Misia” interesują mnie przestrzenie pozornie do siebie nieprzystające. Energia i przestrzeń spektaklu teatralnego, która rządzi się zupełnie innym rytmem, zupełnie inną konwencją, miesza się i przenika z energią nieobliczalnego koncertu rockowego. Czy to się uda uzyskać w przypadku „Skazanego na bluesa, to się wkrótce okaże…” – mówi reżyser spektaklu, Arkadiusz Jakubik. Jego słowa zderzymy z rzeczywistością już 7 marca w Teatrze Śląskim, podczas premiery długo oczekiwanego spektaklu o Ryśku Riedlu, wokaliście Dżemu.

Ten spektakl jest jedynym z największych i najdroższych wyzwań, jakich podjęła się dotąd dyrekcja Teatru Śląskiego. O ogromie przedsięwzięcia świadczy m.in. pokaźny zespół aktorów i innych osób pracujących na sukces „Skazanego na bluesa”. Oczekiwania, zarówno ze strony autorów jak i publiczności są bardzo duże – Ryszard Riedel był stąd, z Chorzowa, a koncert poświęcony jego pamięci „Ku przestrodze” co roku ściąga niekurczące się rzesze fanów. Co więcej, spektakl, przygotowany na bazie scenariusza filmowego, musi się zmierzyć z obrazem Jana Kidawy-Błońskiego.

To, co z pewnością odróżnia film od spektaklu, to przygotowana przez reżysera podróż w świat śląskich naiwistów. To ten element spektaklu, wobec której mamy szczególne oczekiwania – barwne, pełne śląskiej symboliki i zaczerpniętych z wyobraźni postaci obrazy Teofila Ociepki i Erwina Sówki, stanowić mogą niewyczerpalne źródło inspiracji. Na pytanie, czy da się pogodzić estetykę malarzy naiwnych z Grupy Janowskiej z muzyką Dżemu, Arkadiusz Jakubik odpowiada: Mam nadzieję. Biorąc na warsztat scenariusz filmowy Jana Kidawy-Błońskiego i Przemka Angermana wiedziałem od początku, że nie możemy tego scenariusza robić 1:1. Film rządzi się swoimi prawami, a teatr wymaga bardziej głębokiej, pojemnej metafory, przez którą będziemy opowiadać historię.

Taką metaforę zapewnić ma właśnie dorobek śląskich naiwistów, inspirowany głównie Grupą Janowską i twórczością Teofila Ociepki czy Erwina Sówki Pomyślałem sobie, że gdyby oni dzisiaj malowali swoje obrazy, to centralną postacią na nich nie byłaby Najświętsza z dzieciątkiem, Święta Barbara czy w końcu przepiękna, rubensowska goła baba. Na ich obrazach centralne miejsce zająłby Ryszard Riedel, który jest dla mnie absolutną ikoną Śląska. Stąd właśnie podróż w tym kierunku. Postacie, które nam opowiadają historię Ryśka, nie są postaciami z jego życia. Są to postacie zaczerpnięte z tych obrazków. Grupa Janowska bardzo się inspirowała kulturą i filozofią Wschodu, stąd np. niebieski budda – wielki, gruby, dwustukilogramowy, pomalowany na niebiesko, albo też mały Wasyl, którego gra Piotrek, karzeł mierzący 1,20 m. Mamy gołą kobietę, plastikową Św. Barbarę, starą Najświętszą Pannę z wózkiem z supermarketu, która pilnuje syna Jezuska. Mamy też czarnego górnika, który jest murzynem. Są to wszystko postacie, któreśmy zabrali z tych obrazów śląskich naiwistów. Te postacie opowiadają nam historię Ryśka – wyjaśnia reżyser. – Ich role odgrywają nie aktorzy, a statyści, których szukaliśmy w castingach po całym Śląsku. Zderzą się oni ze swoją energią nieokiełznania na scenie. Ale właśnie ta energia aktorów nieprofesjonalnych w zderzeniu ze znakomitym zespołem Teatru Śląskiego daje naprawdę znakomite efekty. Przy nich aktorzy pozbywają się pewnej rutyny, otwierają się – zdradza kulisy powstawania spektaklu.

Z pewnością kolejną mocną stroną tej realizacji jest odtwórca roli Ryśka Riedla – Tomasz Kowalski, zwycięzca „Must be the Music”. – Mam niebywałego farta do ludzi – podkreśla Jakubik. – Gdybym nie spotkał na castingu Tomka Kowalskiego, to być może to przedstawienie nie doszłoby do skutku, ponieważ pierwszy casting zakończył się fiaskiem. Wiedziałem, że jeżeli nie znajdzie się taki ktoś, który nas powali na kolana, to nie ma po co robić takiego spektaklu. Taką osobą okazał się Tomek. Przyszedł na casting i wszystkim opadły koparki.

Jasne było, że Tomasz Kowalski musi być znakomitym wokalistą – wygrał duże muzyczne show, a jego nagrania znaleźć można m.in. w serwisie YouTube. Jednak tym, co przesądziło o obsadzeniu go w roli wokalisty Dżemu, był sposób, w jaki odegrał bardzo trudne sceny. Mimo tego, że nie jest zawodowym aktorem, „nie wyłożył” się na mocno naładowanych emocjonalnie scenach, w tym tych, w których konieczne jest odegranie narkotycznego delirium. Publiczność zobaczy je w drugiej części spektaklu.

– Kiedy bliżej poznałem Tomka zobaczyłem, że to jest niebywale wrażliwy człowiek, a do tego bardzo skromny i poukładany – opisuje Jakubik. – Umówiliśmy się, że praca nad rolą będzie dla niego najważniejsza, że rzuci wszystko. To jest tak ciężka praca, że nie można jej zrobić między sztukami, między koncertami. Trzeba się wyłączyć na  miesiące. Kiedy mi to obiecał wiedziałem, że to jest wymarzony Ryszard Riedel i mam nadzieję, że państwa na scenie nie zawiedzie.

Sprawiedliwą, choć zapewne surową ocenę wystawi spektaklowi i jego twórcom publiczność, która w tym miejscu, na Śląsku, „czuje” Ryśka Riedla jak żadna inna społeczność w Polsce. –Pewnie, że czuję ten cholerny ciężar – wyznaje reżyser. – Kiedy z Robertem Talarczykiem, dyrektorem teatru rozmawialiśmy o tym, co zrobić, wydawało mi się rzeczą oczywistą, że ikona Ryszarda Riedla będzie znakomitym tematem na zrobienie przedstawienia. Dziś z tym większym stresem podchodzę do chwili, gdy po raz pierwszy otworzymy drzwi na widownię i ta widownia usiądzie i zobaczy przedstawienie.

Jak zareaguje? Dla reżysera ważne jest, aby spektakl wywołał interakcję z publicznością. Aby w scenach koncertowych poczuła się jak część widowni, weszła na scenę i wraz z aktorami pogowała w rytm muzyki Dżemu. Istotne jest również, aby wyszła z Teatru, wynosząc, mimo znanej nam, tragicznej historii, pozytywne przesłanie. – Ostatni song, który jest w tym przedstawieniu, Song o Wiktorii niesie ze sobą przesłanie, że warto żyć – zdradza pod koniec rozmowy reżyser. – Bo ja bardzo żałuję, że Rysiek poszedł drogą Jima Morrisona, a nie np. Mike’a Jaggera. Gdyby żył, mógłby nagrywać jeszcze kolejne genialne płyty i tego mu nie mogę wybaczyć.

Adriana Urgacz-Kuźniak

Tagi:    

Pokrewne artykuły

Kontakt

Pisz do nas na: ul. Andersena 46/5, 44-100 Gliwice

Biuro: ul. Łużycka 24a

tel. 512 282 750

redakcja@slaskietrendy.pl