Śląskie Trendy

Basia Palewicz, trendSWETERKA

Basiu, skąd pomysł, żeby zająć się taką pracą twórczą, która dotąd kojarzyła się z bardziej z naszymi babciami, niż z osobami młodymi i kreatywnymi?

Och, jakbym słyszała mojego męża, kiedy mnie pierwszy raz zobaczył z drutami – zapytał, czy zacznę też nosić wałki na głowie i chodzić w podomce. Powodem złapania za druty był najzwyczajniejszy w świecie urlop macierzyński, nawet nie jakiś wypasiony roczny, ale na tyle długi by poczuć, że czas spędzony w domu (wieczór po położeniu dziecka) nie powinien być tak doszczętnie zmarnowany.

Wykonujesz na drutach rozmaite małe arcydzieła. Od bardzo klasycznych, po nieco odjechane… Jakie najdziwniejsze zamówienia przyszło ci realizować?

Bardzo dużo sztrykuję (uwielbiam ten śląski czasownik, bardzo ułatwia opowiadanie o drutach) dla dzieci. Zrobiłam całe mnóstwo zabawek inspirowanych kreskówkami np. świnkę Peppę, która – jak powszechnie wiadomo – ma jedynie dwa wymiary, kominiarkę Dr Zoidberga, czy wielkie Ciastki wzorowane na tych ze Shreck’a. Szczególną sympatią darzę dinozaury, chociaż nie mam tego wcale od dziecka (zdarza mi się pracować jako przewodnik w JuraParku w Krasiejowie, bo z wykształcenia jestem geografem).
Od czasu do czasu ktoś rzeczywiście poprosi o zrobienie czegoś odlotowego. W swoim segregatorze z wzorami przechowuję wycinek z gazety, z którym przyszła do mnie pewna pani, żebym „odgapiła” sweter, który miał na zdjęciu jakieś 7 cm i był na nim umieszczony obraz Picassa. Miałam straszne wątpliwości moralne, czy można tak kopiować, ale starałam się dodać możliwie dużo od siebie. Niestety, nigdy nie otrzymałam zdjęcia na modelce.

Ale kiedy ktoś przychodzi ze słowami „zrób mi” zwykle odpowiadam „chętnie Cię nauczę ­– zrobisz sobie sam(a)”

Sztrykujesz sama czy z koleżankami?

Myślę, że rzeźnik albo masarz posiadający żonę wegetariankę, przynosząc jej smakołyk do skosztowania, czuje się podobnie jak ja pokazując coś świeżo udzierganego mojemu mężowi. Jego absolutny wegetarianizm rękodzielniczy zaowocował tym, że zaczęłam poszukiwać bratnich dusz. Najpierw w Dobrodzieniu na Opolszczyźnie, a potem w rodzinnych Gliwicach zaczęłam organizować spotkania robótkowe. Spotykamy się od niemal 3 lat –wystartowałyśmy dzięki wsparciu Czekoladziarni, a obecnie widujemy się w gościnnych progach Stacji Artystycznej Rynek, w każdy poniedziałek.  Robocza nazwa naszych spotkań to „Spruj to!”

Jakie, Twoim zdaniem, miejsce we współczesnym dizajnie mają efekty pracy rękodzielniczej wyrosłej na bazie doświadczeń minionych pokoleń. Takie, jak robótki na drutach właśnie czy też chociażby słynne koniakowskie koronki?

Rzeczywiście, wszędzie pełno haftów, wycinanek – czasem łączonych w najdziwniejszych konfiguracjach. Czy mogę się wypowiadać o dizajnie? Bardziej zwróciłam uwagę na rolę samego dziewiarstwa w reklamie, które już zaczyna być trendy, z drugiej jednak strony sztrykują tylko babcie. Ja traktuję rękodzieło jako antidotum na zalewającą nas chińszczyznę, ale także jako lekarstwo na bezproduktywne trwonienie czasu. I każda wykonana przez nas osobiście rzecz jest cenniejsza, niż kupiony przedmiot, dlatego uwielbiam uczyć.

Pamiętam, jak z dobrą dekadę temu i ja sięgnęłam po druty. Wybrałam sprytny wzór – wielkie oczka, które miały się złożyć na modne wtedy wdzianko. I choć robota poszła mi błyskawicznie (przy tym wzorze to oczywiste), niestety, jeden bok wyszedł dłuższy od drugiego. To zniechęciło mnie na zawsze. Co poradzisz osobom, które napotkały na podobne trudności jak moje? W jaki sposób wytrzymać pierwsze niepowodzenia i nie zniechęcić się do tej czynności?

Przede wszystkim nie porywajmy się od razu na duże projekty (na pewno nie szalik!), ani na projekty, które muszą mieć ustalony wymiar (wybierzmy może komin, bo na przykład czapka może być zbyt duża, a komin już nie!). Rada, która powtarza się we wszystkich wzorach i książkach, i o której powinny pamiętać nawet doświadczone dziewiarki: koniecznie róbmy próbki. I chyba najważniejsza zasada: „Spruj to!”. Czasem lepiej spruć tę odrobinę, którą mamy na drutach i zacząć od nowa już z większym doświadczeniem. Inaczej będziemy żałować czasu, który zmarnujemy na jakiegoś kn(i)nota (od ang. knit – sztrykować, knot – chłam, bubel, gniot, lipa, dziadostwo).

Kto nauczył Cię sztrykować? 

Tato. Dlatego ja postanowiłam nauczyć moje córki niemieckiego. Też nie umiem, ale nigdy nie wiadomo, co w kim drzemie.

Skąd czerpiesz inspiracje?

Najchętniej wszystko bym wydziergała. Wspaniałą odpowiedzią byłoby, że inspirują mnie dzieci, albo że przeglądam strony w Internecie, ale zdarza się, że zobaczę jakiś skrawek, albo jakąś małą druterelkę ;-). Raz obcinaliśmy materac i we fragmencie gąbki ujrzałam koronę zęba trzonowego. Musiałam go wydziergać. Dentysta, w którego gabinecie teraz stoi strasznie mnie zrugał, bo zęby trzonowe mają tylko trzy korzenie, a nie cztery jak w moim modelu.

A na jakie przedmioty wykonane na drutach jest obecnie moda?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie – będę niepoprawna – nie kieruję się modą. Ważniejsze jest dla mnie pielęgnowanie tradycji, jaką niewątpliwie jest w Polsce dziewiarstwo ręczne, bez popadania w stetryczenie. Na drutach naprawdę można zrobić wszystko, a ja najbardziej lubię dzielić się technikami, które pozwalają za tą modą nadążyć – z wykorzystaniem nowoczesnych materiałów w modnych kolorach.

Prowadzisz warsztaty na ekranie i w świecie rzeczywistym. Gdzie można się od Ciebie uczyć? 

W każdy poniedziałek w SAR spotykamy się z miłośniczkami wszelkiego rękodzieła – chętnie sobie pomagamy (nie tylko ja!) i wymieniamy się doświadczeniami. Co pewien czas organizujemy cykl warsztatów tematycznych (druty, szydełko, frywolitki). Od kilku miesięcy w gliwickiej Telewizji IMPERIUM prowadzę autorski program „Sztrykowanie na Ekranie”. Staram się, aby w każdym odcinku znalazło się coś dla początkujących, ale i ciekawostki dla… dziewiarskich wyjadaczek. Zachęcam do oglądania aktualnych i archiwalnych odcinków, które można znaleźć na stronie: www.tvimperium.pl/sztrykowanie-na-ekranie. Zachęcam do zadawania pytań w komentarzach, mailowo lub na facebooku Telewizji Imperium. Przygotowuję też tutoriale na bloga www.druterele.blogspot.com.

Jaki „rocznik” jest najczęstszym uczestnikiem Twoich warsztatów?

Nigdy nie prowadziłyśmy takiej ewidencji. Na warsztatach spotykam młode mamy i nastolatki, ale zdarzyło mi się uczyć panie w wieku mojej Babci i kilkulatki – dzierganie jest dla każdego. Na spotkaniach w naszym stałym gronie jesteśmy wszystkie po imieniu, mimo że przychodzą do nas prababcie i studentki. Wiek nie ma znaczenia. Wszystkie jesteśmy w tym samym wieku – dwudziestym pierwszym.

Rozmawiała: Adriana Urgacz-Kuźniak

 

Pokrewne artykuły

Kontakt

Pisz do nas na: ul. Andersena 46/5, 44-100 Gliwice

Biuro: ul. Łużycka 24a

tel. 512 282 750

redakcja@slaskietrendy.pl